Digiscoping - raj dla podglądaczy

Digiscoping - raj dla podglądaczy

28.07.2011 

Ostatnimi czasy Nikon, producent wszelakiego sprzętu fotograficznego i optycznego, promuje digiscoping, czyli cyfrowe fotografowanie przez lunety, ale już na poważnie – bez żadnej prowizorki. Miałem okazję sprawdzić, jak to wygląda w praktyce.


A wygląda bardzo zachęcająco
Rzecz to niewątpliwie kusząca dla wszystkich potrzebujących długoogniskowej optyki. Nie chodzi o 300 mm czy 500 mm, stosunkowo łatwe do uzyskania nawet w małym obrazku i to bez głębokiego drenażu kieszeni. „Ptakolubom” i innym obserwatorom przyrody przydałyby się przecież ogniskowe 3- czy nawet 4-krotnie dłuższe. Nieco mniejsze problemy napotkamy przy formacie APS-C i (Micro) 4/3, gdzie współczynnik kadrowania działa na naszą korzyść. Jednak nawet dołączenie Sigmy 50-500 mm do jakiegoś Olympusa albo Panasonica poskutkuje kątem widzenia odpowiadającym małoobrazkowym 1000 mm. Zaledwie 1000 mm. Bo cóż to jest, gdy chcemy ująć w dość ciasny kadr ptaszka, siedzącego na gałęzi kilkanaście czy wręcz kilkadziesiąt metrów od nas? Jasne że możemy posłużyć się Nikkorem 600 mm z telekonwerterem 2x albo sigmowskim zoomem 300-800 mm, ale wtedy koszty optyki plasują się na poziomie kilkudziesięciu tysięcy złotych. Jest to rozwiązanie dla wybranej, bardzo niedużej garstki fotografujących. Stąd nic dziwnego, że Nikon proponuje rozwiązanie tego problemu za „zaledwie” kilka tysięcy złotych. To nadal dużo, lecz nawet dla polskiego zapaleńca taka kwota jest do przełknięcia. Co za tę sumę otrzymujemy?

Adapter FSA-L2 kosztuje tyle co połowa lunety EDG 65. Sporo, ale zapewnienie szerokiego zakresu zooma warte jest tych pieniędzy.


Do mojego testu trafiły dwie nikonowskie lunety z topowej serii EDG: EDG Fieldscope 65-A i EDG Fieldscope 85, a towarzyszył im adapter FSA-L2, pozwalający na połączenie ich z lustrzankami Nikona. I niestety, wspominane „kilka tysięcy złotych”, w których możemy zamknąć się kupując lunetę ze średniej półki, tu okazuje się jedynie hasłem marketingowym. W przypadku opisywanych instrumentów optycznych mamy szansę zmieścić się w 9000 zł wyłącznie gdy planujemy zakup zestawu EDG 65 z adapterem, a w przypadku EDG 85 + FSA-L2 bez 11 000 zł nie da rady. To dużo, ale jednocześnie niewiele, licząc ile płacimy za milimetr ogniskowej. Bowiem z EDG 65 pełnoklatkowe Nikony sięgają 1400 mm, a modele DX – 2100 mm. W przypadku EDG 85 uzyskujemy odpowiednio 1750 mm i 2625 mm. Czyli bardzo ładnie. Uzupełnić tu należy, że kosztujący aż 3500 zł adapter FSA-L2 to nie zwykły – prosty tubus, ale skomplikowany układ optyczny, zapewniający nam zmienny kąt widzenia. Dzięki temu, z lunetą EDG 65 „zoom” zaczyna się dla pełnej klatki od 400 mm, a z EDG 85 od 500 mm. Tak więc uzyskujemy ponad 3-krotny zakres zmiany ogniskowej (praktycznie mniejszy – szczegóły dalej), co znacznie zwiększa uniwersalność sprzętu.
Kilka słów o budowie testowanych lunet. Są to solidne, dobrze przystosowane do pracy w terenie urządzenia. Model EDG 65 pozwala – w zależności od użytego okularu – uzyskać powiększenie 16-60x, a EDG 85 – 20-75x. Uszczelnienia i wypełnienie azotem zapewniają wodoszczelność (zanurzenie do 2 m, nie dłużej niż na 10 minut) i zabezpieczają przed wewnętrznym roszeniem. Średnice przednich soczewek to – jak można się domyślić z nazw lunet – 85 mm i 65 mm. Wszystkie soczewki lunet pokryte są wielowarstwowymi powłokami przeciwodblaskowymi, a pryzmat warstwami przeciwdziałającymi zniekształceniom fazowym. Obie lunety występują w wersji prostej i łamanej, której nazwę uzupełnia litera A (od Angled). Minimalna odległość ustawiania ostrości wynosi 3,3 m dla EDG 65 i 5 m dla EDG 85. Ta druga ma masę nieco ponad 2 kg (EDG 65 około 1,6 kg) i mierzy około 40 cm długości (EDG 65 trochę ponad 30 cm). Obie wyposażone są w wysuwane osłony przeciwsłoneczne, zamykane zintegrowanymi kapturkami, i długie stopki mocowania do statywu z trzema otworami na śruby, co pozwala lepiej wyważyć zestaw luneta-adapter-aparat.


Praktyka
Zacznę od kwestii z poprzedniego zdania – czyli wyważenia. Jeśli fotografujemy zestawem luneta + kompakt, to lekki i krótki adapter oraz lekki aparat nie stwarzają żadnych problemów. Jednak dołączenie z tyłu lunety adaptera FSA-L2 (ponad 400 g) i wysuniętej przez niego do tyłu o 15 cm lustrzanki powoduje, że nawet tylny otwór stopki statywowej nie zapewnia neutralnego wyważenia. A próba użycia jakiegoś cięższego aparatu (fotografowałem Nikonami D3x i D700) powoduje, że zawsze musimy pamiętać o bardzo solidnym blokowaniu głowicy w żądanym położeniu. Bo niespodziewane opadnięcie zbyt luźno skręconego zestawu grozi może nie „śmiercią lub kalectwem”, ale przygnieceniem palców lub upadkiem lekkiego statywu na pewno. Zresztą lekki statyw szczerze odradzam, także z innych powodów. Są nimi drgania, które stanowią istotny problem, gdy fotografujemy niezbyt krótkimi czasami. A to zdarzać się może dość często, gdyż w drogę wchodzi nam jeszcze jeden parametr: maksymalny otwór względny opisywanych zestawów. Do dużych on nie należy i zmienia się dla obu lunet od około f/6 przy najkrótszej ogniskowej do f/22 przy najdłuższej. To mocno ogranicza użycie najdłuższych ogniskowych. Problemu nie ma, gdy świeci piękne słońce, a my ciągniemy aparatem za poruszającym się obiektem. Wtedy kłopotliwe staje się jedynie ręczne ustawianie ostrości (f/22 bez żadnego wspomagania!), ale nawet gdy korzystamy z w miarę niskich czułości (rzędu ISO 400), to jakoś dajemy radę. Jednak gdy żądamy pełnej stabilności, to zaczynają się schody. Wysokie i strome. Moje próby astrofotograficzne wykazały, że nawet solidny statyw z równie solidną głowicą, który bez problemów znosi aparat wielkoformatowy, tu jest zbyt gibki. I niewiele pomogło minimalne tylko wysunięcie nóżek, schowanie gumowych „stopek”, nie wysuwanie kolumny centralnej, skręcenie wajch głowicy na siłę, użycie wężyka spustowego i funkcji wstępnego podnoszenia lustra. Aparat przy czasach rzędu pół sekundy (ISO 100) mocno drgał, co spowodowało, że większe prawdopodobieństwo uzyskania ostrzejszych zdjęć występowało przy czułościach rzędu ISO 1600. Z Nikonem D3x nie było w tym względzie problemów, ale inne aparaty – zwłaszcza DX – będą wymagały umiejętnego lawirowania pomiędzy poruszeniem, a spadkiem ostrości przy wyższych czułościach. Zamiast statywu można oczywiście spróbować używać worka z kaszą (grochem, piaskiem i tym podobne), ale taka podpora także wnosi pewne ograniczenia.
Z kolei fotografując bez pomocy pełnego słońca motyw typowy dla tego sprzętu, czyli ptaki w gnieździe, też musimy kombinować. Używanie niskich czułości i wyczekiwanie na pełne znieruchomienie ptaka sprawdza się tylko przy niektórych gatunkach. Ale przy ruchliwych maleństwach, często nawet ISO 3200-6400 nie daje gwarancji zamrożenia ruchu.

Wróbel dostarczył potomstwu jakiegoś robaczka, ale musi poczekać z wejściem do domu, bo przy dzieciach jeszcze krząta się jego druga połówka. Tę chwilę oczekiwania wykorzystałem na uwiecznienie go w roli zaopatrzeniowca. Zdjęcie wykonałem Nikonem D3x z lunetą EDG 65-A, przy najwęższym kącie jej widzenia, z odległości około 8 m. Gniazdo znajdowało się na ocienionej ścianie budynku , lecz oświetlanej ogromną połacią nieba, a zdjęcie zostało zrobione w letnie, słoneczne popołudnie. Jednak by uzyskać sensowny czas naświetlania 1/100 s, musiałem skorzystać z czułości aż ISO 6400. Zauważmy też symboliczną, kilkucentymetrową głębię ostrości.


I jeszcze kilka zdań o kwestiach „manualnych”. Obsługa pierścienia ostrości nie przysparza kłopotów. Co prawda porusza się on z wyraźnie większym oporem niż mamy do czynienia w obiektywach, ale opór ów jest płynny, a poza tym wymagane ruchy pierścienia są nieduże. Gorzej wygląda sprawa z pierścieniem zooma umieszczonego na adapterze FSA-L2. Tu także napotykamy spory opór ruchu, lecz ważniejsze że przejście od krańca do krańca zakresu wymaga obrotu niemal o 360°. To bardzo utrudnia szybką zmianę rozmiarów kadru, zwłaszcza że oba pierścienie są od siebie mocno oddalone i następujące po sobie korekty ogniskowej i ostrości są utrudnione. Należy więc nastawić się na pracę stałym kątem widzenia.

 

Załoga rządowego „jedynaka” Tu-154M trenuje lądowania na warszawskim Okęciu. A jeśli w instrukcji adaptera FSA-L2 wyraźnie piszą, żeby przy lustrzankach FX i lunecie EDG 85 używać ogniskowych od 750 mm, to naprawdę warto się do tego stosować. Zwłaszcza gdy aparat (tu Nikon D700) nie ma 100-procentowego celownika. Przy tym zdjęciu ustawiłem około 700 mm. Pamiętam, więc piszę. Bo w Exifach zdjęć próżno szukać danych o ogniskowej i otworze względnym. To znaczy są one tam, ale zawsze prezentują „800 mm” i „f/13”. Wysokie czułości mogą być przy takich zdjęciach wręcz szkodliwe. Nie dość, że wprowadzają szumy, to w przypadku samolotów śmigłowych zbyt krótkie naświetlenie zamraża ruch śmigieł.

 

Nikon D700 i adapter w pozycji „500 mm” to ustawienie tylko do efektów specjalnych.
Biorąc się do fotografowania tuż przy ogrodzeniu na końcu pasa warszawskiego lotniska, nie zastosowałem się do prośby ze znaku, więc po kilkunastu minutach zaniepokojona Straż Ochrony Lotniska wysłała miłą panią, która bardzo uprzejmie przywołała mnie „do płota” i poprosiła o zaprezentowanie sprzętu, którego używam. Widać długa, wąska, czarna rura to coś nowego na Okęciu. Bo znacznie bardziej efektowna „sześćsetka” Canona, którą dzierżył fotografujący obok spotter, nie wzbudziła jakiegokolwiek zainteresowania Służb.

 

Księżyc w pełnej okazałości, sfotografowany Nikonem D3x i lunetą EDG 85 przy najdłuższej ogniskowej. Statyw Manfrotto 075, głowica 029. Pierwszy problem, na który napotkałem, wynikał z chyżości Księżyca przy tej skali odwzorowania. Ustawienie kadru, zafiksowanie głowicy na mur, podniesienie lustra, odczekanie aż wszystko przestanie drgać... i już „łysy” przewędrował z lewej strony klatki na prawą. Dawaj od początku... Bez wątpienia przydałby się montaż paralaktyczny z napędem.
Drugi problem to drgania. Z kilkudziesięciu ujęć, wykonanych przy różnych czułościach (a więc i czasach), ostrością na czoło wybijały się te wykonywane przy ISO 1600 i ISO 100. Z tą niską czułością to ciekawostka, bo nie dość że na pewno takie naświetlanie „łapie” drgania, to jeszcze półsekundowa ekspozycja jest o wiele za długa, by zamrozić Księżyc w ruchu. Kiedyś, dawno temu wyczytałem gdzieś, że dla „unieruchomienia” Księżyca wypełniającego klatkę trzeba używać czasów nie dłuższych od 1/50 s. A tu miła niespodzianka, przy czym dodatkowo zdjęcie można solidnie wyostrzyć, co jest niemożliwe przy wysokich czułościach ze względu na szumy. Aberracja chromatyczna? Proszę bardzo. A Nikony słyną przecież z bardzo skutecznego systemu usuwania tej wady.

 

Panning, 1/640 s, samolot 30 m ode mnie. Środek klatki prezentuje całkiem niezłą ostrość, ale brzegi strasznie „lecą”. W długoogniskowej optyce małoobrazkowej takie zjawisko byłoby niedopuszczalne

 

Zdjęcie „jubileuszowego” złotego lotowskiego Boeinga 737 pokazuje, że głębia ostrości nawet przy większych odległościach fotografowania (tu około 100 m) nie jest duża. Ostry jest czubek nosa samolotu, ale okna kokpitu już nie. Samolot później przeleciał dokładnie nade mną. To jedyna sytuacja, przy której warto fotografować z ręki. Gdy stoimy z boku ścieżki podejścia, to możemy ustawić zestaw na „luźnej głowicy”, co odciąży nam ręce. Jednak całość wcale nie jest tak ciężka, jak wygląda.


Da radę?
Da, ale nie w każdej sytuacji możemy liczyć na rewelacyjne efekty. Rzekłbym nawet, że tych sytuacji jest raczej niewiele. Bez dwóch zdań digiscoping najlepiej sprawdza się, gdy lunetę z aparatem możemy bardzo solidnie zamocować. Tak więc ptaki w gniazdach są dobrym motywem. Ale już ptaki w locie to raczej loteria, przede wszystkim z powodu trudności z ogniskowaniem, bo poruszenie zdjęć mniej nam tu grozi. W przypadku opisywanych zestawów sprawy mają się zresztą bardzo odmiennie w dole zooma – przy f/6 i w górnym krańcu – przy f/22. Jednak trening czyni mistrza, a poza tym w fotografii zdarza się, że ilość przechodzi w jakość. Wystrzelanie na latającego w pobliżu nas sokoła 1000 klatek bardzo zwiększa prawdopodobieństwo jednego czy nawet kilku bardzo celnych ujęć. To jednak wcale nie oznacza, że serie zastąpią nam myślenie i doświadczenie.
Z trudności dotyczących efektów zdjęciowych wymieniłbym symboliczną głębię ostrości, która nie będzie ułatwiać nam życia, zwłaszcza w połączeniu z niełatwym ręcznym ostrzeniem. Druga sprawa dotyczy zdjęć przy oświetleniu słabszym niż ostre słoneczne, kiedy to musimy nieźle kombinować z dobraniem odpowiednio krótkiego czasu przy nie za wysokiej czułości. I rzecz, która mocno mnie rozczarowała: jakość obrazu poza środkiem kadru. Od dawna zdawałem sobie sprawę, że oko ma mniejsze wymagania niż film / matryca, lecz spodziewałem się lepszych niż osiągnięte wyników. To, plus winietowanie, wyraźnie predestynuje opisywany sprzęt do używania w połączeniu z lustrzankami niepełnoklatkowymi. Natomiast przy długich ogniskowych dochodzi wyraźny spadek ostrości także w centrum klatki. Z dużym zdziwieniem oglądałem zdjęcia wykonane Nikonem D3x, które bardzo źle prezentowały się powiększane na ekranie komputera bardziej niż do 50%.
Tak więc można tym sprzętem fotografować, lecz przed zakupem konkretnego zestawu koniecznie należy w praktyce sprawdzić, czy będzie się nadawał do zadań, które chcemy mu przydzielić.

Roman Zabawa
Sprzęt do testu udostępniła firma Nikon Polska.

Dodaj artykuł do:

Komentarze:

Obecnie nie ma żadnych komentarzy

Aby dodać komentarz musisz się zalogować.